Gdy pierwszy raz spotkałem Piotrka w pracy, od samego początku gadał bez przerwy o górach. Często w rozmowach wspominał o jakiejś wyprawie na najwyższy szczyt Austrii, ale dla mnie jakoś wydawało się to nierealne z kilku powodów - brakuje mi dużo sprzętu, więc taki wyjazd wiązałby się z dużymi kosztami - po prostu nie było mnie na to stać. Wtedy pojawiła się szansa jaką dał nam Intersport - podarował nam trochę sprzętu. Dla mnie pomoc nieoceniona, a Piotrek też nie narzekał :). Wyjazd planowany był już 2 miesiące przed. Lista potrzebnego sprzętu, dzielenie ekwipunku itd.
Choć to wejście z przewodnikiem to i tak czuliśmy tremę i lekki strach. Po za doświadczeniem zdobytym w naszych i słowackich Tatrach żaden z nas nie mógł sie niczym wielkim pochwalić. Miesiąc przed planowanym terminem na wyjazd wybraliśmy się na mały trekking w Tatry - Rysy i te sprawy. Dało nam to jakiś obraz naszej formy i przypomniało, że tam będzie jeszcze ciężej.
Gdy zbliżał sie termin wyjazdu i wszystko było już załatwione i zakupione wszyscy patrzyliśmy nerwowo na prognozy pogody. Na szczęście wszystko zapowiadało, że akurat na wyjazd mamy 3dniowe okno pogodowe. Pełni optymizmu ruszyliśmy z Katowic w kierunku Austrii. Droga minęła bez problemowo. Krótki nocleg w samochodzie na parkingu kolo 3 rano i po 2godzinach dalej w drogę. Na miejscu byliśmy koło 12. Pogoda idealna i już z parkingu, na którym się przepakowywaliśmy było widać nasz cel wyprawy. Biały szczyt po pewnym czasie zawiały chmury więc nie czekając zebraliśmy się i ruszyliśmy do naszej bazy, którym było schronisko Studlhutte na wysokości 2800m. n.p.m., czyli przed nami 800m przewyższenia. Niby niewiele ale z prawie 20kg plecakiem, robi swoje. Na górze szybko okazało się, że trzeba sie przygotować psychicznie na dużą ilość śniegu. W samym schronisku byliśmy koło 18-19 i przywitał nas wspaniały widok na pasmo Taurów z zachodzącym za nimi słońcem. Szybko poszliśmy spać bo następnego dnia czeka nas atak na szczyt i trzeba wcześnie wstać. Pobudka o godzinie 6, szybkie przepakowanie i ruszamy w drogę. Z początku było dość zimno ale widok czystego nieba poprawiał nastrój i od razu robiło się cieplej. Początkowo prosto przez lodowiec do podnóża góry, gdzie zaczęliśmy trawersować podejście. Kilkanaście minut ostrej pracy czekanem, potem kawałek poręczówek i już byliśmy na wysokości 3200m. n.p.m. przy Erzh.Johann-Hutte. Tam ostatecznie przepakowaliśmy się do finiszu ataku na szczyt, by nadmiar rzeczy nie przeszkadzał nam na technicznej grani. Tak spięci liną ruszyliśmy na szczyt. Pogoda super. Gdzieś dalej przesuwają sie jakieś chmury ale zupełni niegroźne. Widoki zapierają dech w piersi. Widać od razu, że Tatry przy tym to pikuś. Przeszliśmy dość ciężki trawers po krótkim lodowcu i weszliśmy na grań. Tam po jakimś czasie doszliśmy do południowej przełączki. Tam trzeba było zachować zimną krew. Pół metrowej szerokości śnieżna ścieżka z przepaściami rzędu 500m z w dwóch stron. Robi wrażenie. Później jeszcze kawałek technicznej grani i byliśmy na szczycie. Ten krótko opisany kawałek zajął nam 3godziny.
Na górze zawiało trochę chmurami, które widzieliśmy niżej ale i tak widok na widoczną północną stronę był niesamowity. Kilka zdjęć, chwila odpoczynku przy herbacie i batonie i zaczynamy schodzić na dół. O dziwo przy Erzh.Johann-Hutte okazało się, że schodziliśmy tyle ile wchodziliśmy czyli 3godziny. Po poręczówkach i zwinięciu liny asekuracyjnej trochę się porozdzielaliśmy bo część poszła swoim szybszym tempem. Później sie okazało, że jeden ze współtowarzyszy wyjazdu - Piotrek zapadł sie w wąska szczelinę po pas ale nic się na szczęście nie stało. W schronisku byliśmy koło 19. Ciepły posiłek i koło 22 każdy z nas już spał. Następnego dnia pogoda dalej była super i w takich samych humorach zeszliśmy tą samą drogą do parkingu.
Wyjazd uważamy za bardzo udany. Wszystko dopisało - pogoda, góra i towarzystwo. Dla mnie bez pomocy Intersportu byłoby to nieosiągalne, za co jestem bardzo wdzięczny. Pozdrawiamy również pozostałych z ekipy oraz wspaniałego przewodnika himalaistę i alpinistę Tomka Kobielskiego. Jeśli chodzi o plany na przyszłość - Mt. Blanc i Monte Rosa być może w lecie w przyszłym roku. Jak będzie to zobaczmy. Do zobaczenia na szlaku!

