Dzień 1 - 17.07.2009 r.
Nadszedł dzień wyjazdu. W czwartek już się spakowałem i jakoś udało mi się przespać spokojnie noc. W piątek pobudka o 6:40 i na 8:00 do pracy. Udało mi się wyjść wcześniej, więc miałem trochę czasu na dopięcie ostatnich spraw przed wyjazdem. Nadeszła godzina wyjazdu - plecak na grzbiet i do samochodu. O 14:30 jestem umówiony z Anią. Odbieram ją w centrum Warszawy, skąd później jedziemy po Piotra, na Ursynów. Czeka mnie "wycieczka" przez całą Warszawę - uwielbiam to! Przed samym wyjazdem nastąpiło 10-cio minutowe oberwanie chmury. Telefon do Piotra i konsternacja - na Ursynowie nie pada!! Czyżby tylko Bemowo "zasłużyło" na wodę z nieba? Niezrażony jadę do centrum Warszawy, mam tam do załatwienia jedną sprawę. Cudem znalazłem miejsce do zaparkowania. Załatwienie mojej sprawy zajęło mi 15 minut dłużej niż planowałem. Wyjeżdżam z centrum z 15 minutowym poślizgiem. Piotr już czeka. Centrum pozostawiam w deszczu. Nawigacja kieruje mnie na Dolinę Służewiecką. I tutaj niespodzianka - cała Dolina stoi!! Bardzo wolno przejeżdżam jakieś 200 metrów. Okazało się, że na ulicy powstała ogromna kałuża powodująca zwężenie 3 pasmowej ulicy do 1 pasa! Udaje mi się ją przejechać i pełni nadziei myślę, że już teraz pójdzie z górki. Nic bardziej mylnego! Następne 300 metrów przejeżdżam jeszcze wolniej!! Przyczyna?? Tak - dobrze myślicie - kałuża rozmiarów małego jeziorka. Wolno, żeby nie zalać silnika, przejeżdżam i staram się jechać dalej. Chociaż jechać to za mocne słowo. Toczę się - jest bardziej na miejscu. Przyczyna? Oczywiście kałuża!! Tym razem wielkości morza. Zalane 3 pasy, głębokość około 40 cm i totalny paraliż. Trzeba wjechać na chodnik i bardzo wolno starać się przejechać. Ci, co mają większe auta jadą pasem zieleni. Po minięciu ostatniej przeszkody można już pojechać dużo szybciej. W sumie przejechanie 1,5 km zajęło mi lekko ponad godzinę. Piotr cały czas czeka pod domem.
Z Warszawy wyjeżdżamy z półtora godzinnym opóźnieniem. A w Katowicach mamy być najpóźniej na 19:00!! W 2 godziny nie ma szans przejechać 250 km!! Szybka kalkulacja i analiza trasy i wpadam na pomysł - skoro reszta grupy jedzie przez Wrocław to spotkajmy się tam!! Telefon do Tomka i ustalamy miejsce spotkania we Wrocławiu. Ufff . Teraz bez pośpiechu jedziemy do Wrocławia na miejsce spotkania. Dojeżdżamy trochę przed czasem. Przyjeżdża reszta ekipy w dwóch busach, pakujemy nasze graty i w drogę do Francji. Kilkanaście minut po wyruszeniu z Wrocławia zaczął padać deszcz. Granicę z Niemcami przekraczamy w deszczu. Wyruszyliśmy z Polski około godz. 23. Udało mi się trochę zdrzemnąć w samochodzie, chociaż spanie na siedząco nie należy do moich ulubionych zajęć.
Dzień 2 - 18.07.2009 r.
Pierwszy przystanek w Niemczech po jakichś 3 godzinach jazdy. Kierowca potrzebuje zmiany. Ponieważ nie ma chętnych zgłaszam swój akces i siadam "za kółko". W drugim busie jeszcze nie ma zmiany kierowcy. Jedziemy przez Niemcy w strugach deszczu. Zaczynam się zastanawiać jak pogoda będzie we Francji. Droga przez Niemcy do Szwajcarii minęła bez przeszkód, ale w ciągle padającym deszczu. Szwajcarię przejeżdżamy bez problemów - oczywiście w deszczu. Nareszcie Francja i coraz bliżej do celu naszej wyprawy. Na kemping w Les Houches dojeżdżamy około godz. 15-tej. Tutaj rozbijamy namioty i odpoczywamy po trudach podróży.
Kolacja w miejscowej restauracji, później krótki spacer po mieście. Po spacerze i dotlenieniu się czas do namiotu spać. Trzeba wypocząć przed jutrzejszym wejściem do 1 obozu aklimatyzacyjnego.
Dzień 3 - 19.07.2009 r.
Pobudka o 7 rano. Przygotowujemy sobie śniadanie, pakujemy plecaki i ubieramy się do wyjścia w góry. Tomek rozdziela żywność liofilizowaną na czas pobytu w górach. Około godz. 9:30 wyruszamy z kempingu do kolejki, która wywiezie nas na wysokość 1785 m. n.p.m do Bellevue. Do wagonika kolejki wchodzi jakieś 15 osób. Ponieważ większość ma na sobie plecaki, pani z obsługi daje nam znaki żeby ustawić je jeden na drugim i w ten sposób do środka wejdą jeszcze 3 osoby. Trochę z duszą na ramieniu wyruszamy w górę. Wagonik o dziwo gładko przesuwa się po linach nośnych i dziarsko wspina się na górną stację. Troszkę zabujało, kiedy mijał środkowy filar podtrzymujący liny, ale bardzo szybko ustabilizował się. Oczywiście nie obyło się bez żartów typu: daleko w dół nie polecimy, buja jak na Titanicu na chwilę przed zatonięciem. Kilka minut jazdy pod górę minęło w żartobliwej atmosferze. Przed samym wjazdem na stację końcową wagonik mocno zwolnił, więc od razu posypały się żarty o zepsuciu, przeładowaniu i propozycje, kogo by tu wysadzić. Wysiadamy na górnej stacji i przenosimy plecaki na taras przed stacją. Musimy poczekać na resztę zespołu, która nie zmieściła się do pierwszego wagonika. Przyjadą następnym za jakieś 15 minut. W tym czasie możemy podziwiać piękno Alp i zastanawiać się nad drogą na szczyt.
Wreszcie jest reszta ekipy i możemy iść do stacji tramwaju na Mount Blanc. Ciekawostką jest to, że tory mają pośrodku dodatkową szynę - zębatkę. Pomaga ona wjeżdżać i zjeżdżać kolejce ze wzniesień, momentami dość stromych. Wsiadamy do wagonika i podziwiając widoki za oknem pniemy się w górę na wysokość 2372 m .n.p.m. Widoki robią wrażenie a szczególnie w momencie, kiedy z jednej strony wagonika mamy skalną ścianę a z drugiej przepaść. Nie widać torów ani nawet kawałka skał, na których są ułożone tylko przepaść. Ciekawe co by się stało, gdyby od ściany oderwał się kawałek skały i uderzył w wagonik? Może lepiej nie zastanawiać się nad tym tylko cieszyć oczy widokiem gór. Dojeżdżamy do stacji końcowej. Kilka minut przerwy i wyruszamy w górę na wysokość 3160 m. n.p.m. do pola namiotowego przy schronisku Tete Rousse. Droga jest kamienista, częściowo pokryta śniegiem, momentami śnieg przechodzi w błoto, na którym łatwo się poślizgnąć. Miarowo pniemy się w górę ku szczytowi, który zamierzamy zdobyć. Po drodze mamy kilka przerw na uzupełnienie płynów w organizmie oraz przegryzienie batonika energetycznego. Ze stacji kolejki wyruszyliśmy około godz. 12-tej,a na polu namiotowym jesteśmy około godz. 15:30. Krótka przerwa na zaczerpnięcie tchu i bierzemy się za rozkładanie namiotów. Namioty rozbijamy w specjalnie do tego celu przygotowanych nieckach obłożonych kamieniami. Razem z Piotrem sprawnie rozbiliśmy namiot i zabraliśmy się za przygotowanie posiłku. Trzeba zagotować około litr wody do żywności liofilizowanej i kolejne dwa litry na herbatę do termosów. Wodę bierzemy ze śniegu. Rozpuszczamy śnieg w naczyniu i gotujemy. Na tej wysokości śnieg jest czysty i można go bez problemu używać do przygotowywania posiłków. Zjadamy "pyszne" jedzenie liofilizowane z torebki, ustalamy plan działania na dzień jutrzejszy i po krótkich rozmowach rozchodzimy się do namiotów spać. Jutro ważny dzień, więc trzeba wypocząć. Około godz. 21-ej na polu namiotowym zalega cisza. Wszyscy są w namiotach. Wiercę się w śpiworze nie mogąc zasnąć. Piotr obok ma dokładnie to samo. W końcu nadchodzi ten moment i zmęczony zasypiam. Około godz.1-ej w nocy obudził mnie ból. Na początku wydawało mi się, że ścierpła mi ręka, kiedy jednak chciałem się przewrócić na drugi bok okazało się, że boli mnie dosłownie wszystko. Do rana nie zmrużyłem oka a kiedy trzeba było wstawać i przygotowywać się do wyjścia nie byłem w stanie podnieść się z materaca.
Piotrek szykował się do wyjścia a ja leżałem w namiocie zastanawiając się, co takiego zrobiłem, że rozchorowałem się akurat w tym momencie. W najgorszym możliwym momencie! Dlaczego nie rozchorowałem się w Polsce przed wyjazdem albo po powrocie tylko wtedy, kiedy trzeba wyjść na 3800 m. n.p.m do Le Gouter i tam aklimatyzować się przed atakiem na szczyt. Skręcało mnie w środku z żalu, że inni idą a ja zostaję, jednak sam podjąłem decyzję o tym, że zostaję na 3100. Mógłbym pójść z nimi, ale tylko spowalniałbym grupę. Poza tym, jeśli siły opuściłyby mnie w połowie drogi do schroniska Le Gouter, nie miałby kto ze mną zejść na dół ani kto mnie wciągnąć na górę. Pozostałby tylko helikopter a to wiązałoby się z dużym ryzykiem i sporymi kosztami. A nawet, jeśli doszedłbym do 2 obozu aklimatyzacyjnego to tam raczej na pewno nie miałbym siły iść o 4 rano na atak szczytowy. No i pozostaje jeszcze kwestia zejścia z plecakiem ważącym około 15 kg. Niby nie dużo, ale kiedy walczysz o każdy oddech i idziesz resztką sił najmniejszy ciężar ma znaczenie. Dlatego podjąłem decyzję o pozostaniu na dole. Obym nigdy więcej nie musiał podejmować takich decyzji. Pojechałem w Alpy z zamiarem zdobycia Mount Blanc i okazało się, że tym razem góry mnie pokonały. Około godz. 8 rano reszta ekipy, podzielona na 3 zespoły spięte liną asekuracyjną wyrusza do Le Gouter na 3800 m. n.p.m. do 2 obozu aklimatyzacyjnego. Informacje o pogodzie otrzymuję od Piotra, który z resztą zespołu dotarł do obozu, po około 4 godzinach wspinaczki. Mają problem z rozbiciem namiotów a muszą to zrobić żeby odpocząć przed wyjściem na szczyt. Kolejna wiadomość od Piotra - jest bardzo zimno i mocno wieje. W Tete Rousse jest ciepło i piękne bezchmurne niebo. To daje nam pogląd jak zmienna jest pogoda w górach. Różnica 700 metrów wysokości powoduje radykalną zmianę pogody i temperatury otoczenia. Ja cały poniedziałek spędziłem w namiocie. Wstawałem co jakiś czas i robiłem spacery wokół pola namiotowego, jednak bardzo szybko się męczyłem. Do wieczora dzień mijał mi wolno. Miałem sporo czasu na zastanawianie się co robi reszta ekipy, czy uda im się wejść na szczyt i w jakiej kondycji wrócą. Późnym popołudniem na pole dotarła grupa Polaków, którzy też mieli w planach zdobycie Mount Blanc. W krótkiej rozmowie okazało się, że jeden z członków tamtej ekipy już w czasie wejścia do Tete Rousse wiedział, że nie będzie brał udziału w ataku szczytowym. To jest dopiero koszmar alpinisty, kiedy już w czasie drogi do 1 obozu aklimatyzacyjnego wie, że nie pójdzie wyżej. Tak jak poprzedniego wieczoru około godz. 21-ej na polu namiotowym robi się cicho. Wszyscy są w namiotach. Zasypiam osłabiony.
Dzień 4 - 20.07.2009 r.
Budzę się około godz. 8 rano. W namiocie jest zimno i słychać deszcz uderzający w tropik. Zastanawiam się, od kiedy pada i jak mocno. Namiotem szarpią podmuchy wiatru, na szczęście nie na tyle silne żeby zerwać tropik. Wychylam głowę z namiotu, żeby zorientować się w sytuacji. Kiedy wieczorem kładłem się spać, na polu namiotowym było pełno śniegu, a teraz leży tylko gdzie nie gdzie. W ciągu jednej nocy stopniał prawie cały. Dopiero teraz widać, że namioty są porozstawiane praktycznie na lodowcu. Widać, że niecki są "zbudowane" z poukładanych na siebie dużych kamieni, których w okolicy nie brakuje, a dno jest wyłożone małymi kamykami w celu jego wyrównania. Ponieważ cały czas pada deszcz chowam się w namiocie, gdzie leżę i czekam na poprawę pogody. Około godz. 8:40 dostaję sms'a od Piotra: "Doszliśmy na 4300 i zawróciliśmy. Totalne załamanie pogody. Zamieć i bardzo zimno." Jednak im się nie udało. A tak chciałem, żeby chociaż Piotrek dotarł na szczyt. Niestety, jak widać tym razem nie było nam pisane zdobyć Mount Blanc. Leżę w namiocie i zastanawiam się na dalszymi działaniami ekipy. Z prognoz wynika, że jeszcze do środy mają mieć dobrą pogodę. Czy zostaną na 3800 i podejmą jeszcze jedną próbę ataku na szczyt czy też zostaną tylko, żeby się przespać i zejdą w środę rano.
Około godz. 15 do namiotu "wpada" jeden z członków ekipy i w pośpiechu zabiera rzeczy pozostawione na przechowanie. Pytam co się stało? Mówi, że zeszli z Le Gouter dzisiaj, ponieważ bardzo mocno tam wiało, było bardzo zimno i obawiali się, że wiatr porwie namioty. On i 4 innych członków ekipy schodzą od razu do tramwaju i zjeżdżają do Les Houches. Reszta ekipy jest jeszcze na ścianie i schodzi. Jakieś 30 minut później do obozowiska docierają 2 dziewczyny, potwornie zmęczone i zmarznięte. Ponieważ rano zrobiłem sobie w termosie ciepłą herbatę częstuje je i wypytuje o wrażenia. Na rozmowie czas szybko nam zleciał. Do obozu doszła pozostała część ekipy. Piotrek wygląda na bardzo zmęczonego, prosi o przygotowanie mu posiłku. Dostał kaszę kus-kus z bazą zupy pieczarkowej. Reszta ekipy też przygotowuje sobie posiłek. Później nadszedł czas na rozbijanie namiotów. Tę noc spędzimy jeszcze w Tete Rousse i rano zejdziemy do Les Houhes. Pomagam dziewczynom rozstawić namiot. Później zrobiłem sobie krótki spacerek do schroniska po wodę na jutrzejsze zejście. Powoli rozchodzimy się do namiotów. Przed położeniem się spać pakuję jeszcze plecak tak, żeby rano mieć mniej do zrobienia. Kładziemy się spać i staramy się usnąć. Piotr pomimo zmęczenia kręci się na swojej karimacie narzekając na gniotące go w plecy kamienie. W końcu udaje się nam zasnąć. W nocy budzi mnie odgłos trzepoczącego na wietrze tropiku namiotu. Wieje i to dość mocno. Zastanawiam się czy nie porwie tropiku. Na szczęście nie pada deszcz ani śnieg. Staram się ponownie zasnąć, jednak co chwila budzi mnie odgłos wiatru i wstrząsy namiotu nim spowodowane. Zaczynam się wsłuchiwać w zawieje i po pewnym czasie wiem kiedy uderzy w namiot. Wieje zrywami, po kilka sekund i kilka sekund przerwy. Schodzi z góry z Le Gouter. Słychać jak stacza się po zboczu i dochodzi do lodowca, na którym jest rozbity obóz. Kiedy dochodzi do obozowiska jego gwizd przechodzi w wycie. Uderza w namioty powodując wyrywanie słabiej zamocowanych linek, szarpie tropikami, wyginając stelaże.
Około godz. 7 rano przed samą pobudką potężne uderzenie wiatru podrywa nasz namiot do góry. Na szczęście linki wytrzymały i skończyło się tylko na chwili strachu. Wstajemy z zamiarem przygotowania sobie posiłku. Kiedy jednak wychodzimy z namiotu widzimy, że namiot dziewczyn jest prawie złożony, a dziewczyny uwięzione są w środku. Reszta namiotów rozpaczliwie broni się przed naporem wiatru. Decyzja jest jedna - pakujemy się jak najszybciej i schodzimy na dół. Zjemy w Les Houches - teraz zagotowanie wody graniczy prawie z cudem. Można by co prawda gotować w namiocie jednak w każdej chwili wiatr może przewrócić i wtedy nieszczęście gotowe. Około godz. 8 rano jesteśmy spakowani u zaczynamy schodzić do tramwaju. Pozostaje nam do przejście jeszcze jeden odcinek dość niebezpiecznej drogi - lodowiec. Przy bezwietrznej pogodzie jego przejście nie sprawiałoby większego problemu. Niestety wieje bardzo mocno i każdy nierozważny krok może zakończyć się upadkiem. Zakładam raki i wolno przechodzę przez lodowiec. Później raki trzeba zdjąć. Nie ma śniegu ani lodu a na kamieniach szybko uległyby zniszczeniu. Schodzimy do tramwaju i zjeżdżamy do kolejki. Ponieważ jestem osłabiony schodzę bardzo wolno i jako ostatni docieram do tramwaju. Czeka tam na mnie Tomek, Piotr i Bożena. Kiedy byłem bardzo blisko stacji odjechał tramwaj z resztą ekipy. Do następnego mamy godzinę. Czas mija nam na rozmowie. Do Les Houches docieramy po około półtorej godzinie. Od razu idziemy do restauracji na obiad. Dopiero po posiłku idziemy na kemping, gdzie można wykąpać się i przebrać w "cywilne" ubranie. Kiedy już wszyscy są spakowani a plecaki ułożone w busach wyjeżdżamy do Chamonix. Tam godzinna przerwa na zwiedzanie oraz zakupy i o godz. 17 wyruszamy do Polski. Po drodze dosypiam trochę, ponieważ wiem, że będzie zmiana z kierowcą. Tym razem pogoda jest dla nas łaskawa i bez deszczu dojeżdżamy do Polski.

