Szczyt
...wąska, ostra grań przeistacza się w szeroką na 1,5m alejkę wydeptaną setkami raków. Teraz już jestem pewien, że to jest właściwy Szczyt. Czuję narastającą euforię, mam uśmiech od ucha do ucha, normalnie pobiegłbym, ale nogi nie chcą iść do przodu, na tej wysokości jest prawie dwa razy mniej tlenu niż na dole. Sądząc po ciągłym naprężeniu liny, reszta zespołu też nie ma sił na bieg.
Prolog
"A droga wiedzie w przód i w przód,
Choć się zaczęła tuż za progiem..."
Nasza przygoda z Mt. Blanc zaczęła się w czwartek 15 lipca o północy. W umówionym miejscu na Ursynowie spotyka się nasza szóstka: Karol, Marcin J., Marcin F., Mateusz i Piotrek oraz koleżanka Piotra - Emilia. Szybko pakujemy się do zorganizowanego przez Piotrka busa mercedesa i wyruszamy na podbój Francji. Droga wiedzie przez Polskę, Czechy, Niemcy, Szwajcarię, z krótkim postojem na sesję zdjęciową nad Jeziorem Genewskim i dalej do Francji. Nudna droga po autostradach, nie licząc ostatniego, emocjonującego odcinka wjazdu na przełęcz i zjazdu do doliny, w której leży Chamonix.
Rozbijamy się na kempingu w Les Houches, którego właścicielka nie zna ani jednego słowa po angielsku. Z drugiej strony nasza wiedza na temat języka francuskiego ogranicza się do zwrotów "bonjour" i "merci", ale na szczęście dogadujemy się w międzynarodowym języku migowym.
Wieczorem we francuskiej pizzerii trudy podróży rekompensuje nam zimne piwko oraz kelnerka, na której przyjemnie zawiesić oko.
Wyprawa na Mt. Blanc
"...I znów przed mną mknie gdzieś w dal
A ja wciąż za nią, tak jak mogę..."
Rano rozpoczynamy przygotowania. Nieopatrznie rzucam propozycję wchodzenia na szczyt zgodnie z duchem sportowym - od samego dołu na piechotę, bez użycia kolejki i tramwaju. Marcin F., Karol i Emilia od razu przystają na propozycję - cóż nie mam wyboru i muszę iść z nimi :). Piotrek i Marcin J. decydują się jednak na podróż kolejką. Spotkamy się wieczorem przy schronisku Tete.
Ruszamy mozolnie pnąc się pod górę malowniczą ścieżką. Sądząc po ilości osób na szlaku, byliśmy jedynymi, którzy wpadli na zdobywanie szczytu od samego dołu. Przy okazji tego podejścia wychodzi na jaw, że Marcin i Karol zapłacą poważnymi obtarciami za wzięcie na wyprawę nierozchodzonych butów. Pierwszy dłuższy postój urządzamy sobie dopiero przy opuszczonej stacji wyciągu na Col Lachat(2077m), dalej idziemy wzdłuż torów kolejki zębatej tramwaju Mount Blanc aż do końcowej stacji - Nid d'Aigle (2372m). Tuż przed samą stacją trzeba przejść przez dwa tunele, przez które przejeżdża tramwaj . Nasłuchując, czy nic nie jedzie, szybko przebiegamy przez tunele. Kontynuujemy naszą wspinaczkę wśród rumowisk skalnych, mijając po drodze schron Barraque Forestere des Rognes, powyżej którego łapie nas załamanie pogody w postaci gradu. Podłamuje to zupełnie nasze morale, a szczególnie "zadowolony" jest Marcin, który szedł w krótkich spodenkach. Pogoda poprawia się, gdy wychodzimy ponad chmury.
Gdy dochodzimy do biwaku przy schronisku Tete Rousse (3167m n.p.m.) jesteśmy naprawdę nieźle zmęczeni. Zrobiliśmy dzisiaj ponad 2000m podejścia w pionie z ciężkimi plecakami. Mimo wyczerpania nie omijają nas prace obozowe, a więc rozbijanie i okopanie namiotów, topienie wody ze śniegu oraz przygotowanie kolacji. Pokusa wskoczenia do śpiworów jest wielka, ale wiemy, że bez tego nie zregenerujemy się przed jutrzejszym podejściem do Gutiera. Tutaj te czynności są strasznie czasochłonne. Proste ugotowanie herbaty wymaga przyniesienia czystego śniegu, stopienia go i doprowadzenia wody do wrzenia. W nocy widoki są niesamowite: ciemne kontury gór na tle czystego, rozgwieżdżonego nieba, a poniżej nas chmury podświetlone od dołu światłami Chamonix. Niestety w nocy Marcin J. z Piotrkiem źle się poczuli - mamy nadzieję, że do rana im się poprawi.
Rano dowiadujemy się, że Piotrek i Marcin schodzą w dół. Ich zatrucie okazało się poważniejsze niż myśleliśmy. Od tego momentu zaczęliśmy staranniej wybierać śnieg na herbatę oraz dłużej gotować wodę. Pamiętamy też o radach Eskimosów na temat żółtego śniegu.
Dzisiaj musimy przejść sławny Kuluar Latających Kamieni - 50m szerokości żleb, którym od czasu do czasu spadają lawinki kamienne. Informacje docierające do nas z widocznego powyżej nas kuluaru, mówią że trzeba czekać ponad godzinę na przejście. Postanawiamy więc przeczekać lawinki kamienne .... gotując porządne śniadanie i nie spieszymy się ze zwijaniem obozowiska. Wyruszamy akurat wtedy, gdy kolejka ponad nami się rozładowała - znak, że jest już bezpiecznie. Na początek czeka nas przejście pola śnieżnego, więc zakładamy raki i bierzemy czekany w dłoń. Ja niestety wybieram nie najlepszą drogę po stromym, zmrożonym śniegu. Mozolne dziabanie rakami i czekanem oraz trochę strachu i dołączam do pozostałych na wygodną ścieżkę.
W Kuluarze zastajemy kilka oczekujących na swoją kolej zespołów, dzięki temu mamy szansę przyjrzeć się różnym strategiom asekuracji w tym żlebie. Decydujemy, że najlepszą metodą będzie podział na dwa niezależne zespoły przywiązane do końców liny, ze środkiem liny przywiązanym do rozpiętej nad kuluarem liny asekuracyjnej. Dzięki temu zespoły są w takiej odległości od siebie, że nie przeszkadzają sobie, ale w razie niebezpiecznej sytuacji są w stanie wybrać linę i wyciągnąć drugi zespół.
Tuż przed naszym przejściem dwójka wspinaczy przeżywa chwile grozy. Na środku żlebu zaskakuje ich lawina kamieni wielkości pięści. Chroniąc głowy za załomem skalnym czekają na bezpieczne przejście. Skojarzenia ze sceną lądowania w Normandii z "Szeregowca Ryan'a" Spielberga są jak najbardziej na miejscu. Wyczekujemy na właściwy moment i ruszamy biegiem na drugą stronę. Nie jest to łatwe, bo żleb to połączenie lodu, śliskiej skały i kruszyny. Co chwila nerwowo spoglądam do góry patrząc czy nie nadlatuje kolejna lawina. Chwila stresu i szczęśliwie jesteśmy po drugiej stronie.
Teraz rozpoczyna się męcząca, trzygodzinna wspinaczka skalnym żebrem do schroniska du Gounter - droga porównywalna z trudniejszymi odcinkami tatrzańskiej Orlej Perci, tylko, że cały czas pod górę. Sprawy nie ułatwiały też nasze duże, ciężkie plecaki, palące słońce oraz szybko kończąca się woda. Mimo zmęczenia staramy się zamieniać chociaż kilka słów z mijanymi wspinaczami - większość jest skora do rozmów i służy radami na temat dalszego wejścia. Nic dziwnego - dzielimy przecież tę samą pasję do gór.
Dochodzimy z Marcinem do schroniska Gounter jako pierwsi, gdzie "pochłaniamy" po piwie oraz uzupełniamy niedobory wody. Następnie rozbijamy namiot oraz wykopujemy platformę pod drugi. W tak zwanym międzyczasie jeden z członków naszego zespołu osłabł i wychodzi na grań bez plecaka. Szybko dostaje lekarstwa i ląduje w namiocie, a ja wracam się po zostawiony niżej plecak. Po powrocie jestem padnięty i ucinam sobie półgodzinną drzemkę, odzyskuję humor dopiero po herbacie i liofilizowanej wołowinie z ziemniaczkami i warzywami. Wieczór spędzamy na podziwianiu wspaniałych widoków, systematycznym spożywaniu owocowych kisieli i kaszek oraz rozmowach z Polakami z sąsiedniego namiotu. Okazało się, że mieli mały wypadek podczas przekraczania Kuluaru - trafienie kamieniem w głowę. Na szczęście kask pękając przejął cały impet uderzenia na siebie. Przedyskutowaliśmy też plany na następny dzień. Postanowiliśmy, że nie ma sensu wstawać o 2 w nocy i zaczynać ataku na szczyt po ciemku, tak jak robią to wszyscy. Następnego dnia miała być ładna, stabilna pogoda. Szczeliny lodowcowe woleliśmy przechodzić za dnia, a dodatkowo część z nas była zmęczona i potrzebowała regeneracyjnego snu. Decydujemy się więc wyruszyć za dnia, rano. W nocy odkrywamy jak nasze organizmy zachowują się na wysokości prawie 4000m n.p.m. - każdy ma inne objawy: podwyższone tętno, przyspieszony oddech lub lekki ból głowy.
"Znużone stopy depczą szlak -
Aż w szerszą się rozpłynie drogę"
Decydującego dnia wstaliśmy rano przed 7. Jednak przygotowania zajmują sporo czasu, dodatkowo awaria jednej z kuchenek wydłużyła nam i tak już długi proces pozyskiwania wody ze śniegu. Wyruszamy dopiero przed 9.30 - z rakami, czekanami i lekkimi plecakami - cały niepotrzebny sprzęt zostawiamy w namiotach. Idziemy związani liną: ja pierwszy, później Emilia, Karol i Marcin. Krótką granią dochodzimy do stromego zbocza olbrzymiej Dome du Gunter. Teren jest lodowcowy, więc idziemy zakosami omijając lub przeskakując przez szczeliny. Na szczęście pogoda oraz samopoczucie nam dopisują. Morale i determinacja są wysokie, chociaż czujemy lekkie napięcie i respekt przed Górą. W związku z tym, że idę pierwszy, zarządzam dłuższą przerwę co pół godziny, plus krótsze przerwy, jak tylko poczuję napięcie na linie, świadczące o tym, że ktoś z zespołu wolniej idzie. Po trzech godzinach mozolnej wspinaczki docieramy na szczyt Guntera. Teraz czeka nas chwila wytchnienia w postaci krótkiego zejścia na przełęcz col du Dome. Następnie stromym zboczem dochodzimy do schronu Wallot (4 362 m n.p.m.). Jest to schron awaryjny, gdzie alpiniści mogą schronić się w razie kłopotów lub załamania pogody. Planowanie noclegów w tym miejscu nie jest dobrze widziane. Urządzamy sobie dłuższą przerwę, sprawdzamy też jak czuje się każdy z zespołu. Spotykamy ekipę z namiotu obok. Właśnie wracają ze szczytu, szczęśliwi, ale po sposobie jakim powłóczą nogami, widać ich duże zmęczenie. My mamy nadzieję być w lepszej kondycji w drodze powrotnej, bo jesteśmy lepiej przygotowani kondycyjnie.
Rozpoczyna się decydująca faza podejścia. Początkowo stromym stokiem, a dalej wąską granią. Mamy do przebycia około 500m w pionie. Idąc pierwszy muszę wybierać właściwą drogę, ale mam ułatwione zadanie, bo na grani jest wydeptana ścieżka rakami poprzedników. Mimo tego staram się wybierać najbezpieczniejszą drogę, omijając nawisy śnieżne i szczelinki. Kilka razy grań zaostrza się i zwęża do szerokości ledwie pozwalającej postawić dwa buty obok siebie, nie ma nawet gdzie wbić czekana. W takich wypadkach posuwamy się powoli, sprawdzając każdy krok. W razie, gdyby ktoś odpadł, reszta musiałaby skoczyć w przeciwną stronę, aby powstrzymać upadek. Droga na szczyt dłuży się, mijamy po drodze kilka fałszywych szczytów i jak tylko na jakiś wejdziemy, okazuje się, że to jeszcze nie ten właściwy. Dodatkowo coraz ciężej nam się idzie ze względu na coraz mniejszą ilość tlenu. Mnie kondycja dopisuje, ale mimo tego łykam już trzeci Apap dzisiaj. Choroba wysokościowa daje się lekko we znaki.
Wąska, ostra grań przeistacza się w szeroką na 1,5m alejkę wydeptaną setkami raków. Teraz już jestem pewien, że to jest Szczyt. Czuję narastającą euforię, mam uśmiech od ucha do ucha, normalnie pobiegłbym, ale nogi nie chcą iść do przodu, bo na tej wysokości jest prawie dwa razy mniej tlenu niż na dole. Zamiast tego powolnym krokiem posuwam się do góry. Sądząc po lekkim naprężeniu liny, reszta zespołu też nie mogła przyspieszyć tuż pod szczytem. Jeszcze kilka kroków i szczyt ! Odwracam się i widzę uśmiechnięte twarze współtowarzyszy. Na wszelki wypadek sprawdzamy jeszcze gps'a - Tak! 4 810m n.p.m. - Dach Europy. Uściski, gratulacje, sesja zdjęciowa. Dzięki temu, że wyszliśmy tak późno, szczyt mieliśmy tylko dla siebie.
Widoki są niesamowite, pułap chmur 1500m sprawia, że tylko dolinki są zasłonięte, a my mamy widok na wszystkie okoliczne szczyty w promieniu kilkudziesięciu kilometrów, więc lepszej pogody nie mogliśmy sobie wymarzyć. Wrażenie bycia na najwyższym szczycie Europy potęguje fakt, że Mt. Blanc jest otoczony przez "niskie" dwu- i trzytysięczniki.
Po około 40 minutach na szczycie schodzimy w dół. Wiemy, że to jeszcze nie koniec, więc zachowujemy maksymalną koncentrację na wąskich graniach i stromych stokach. Śnieg jest już rozmiękczony przez słońce, więc tym bardziej zachowujemy uwagę. Gdy strome zejście zamienia się w łagodny, bezpieczny stok do Vallota, pozwalamy sobie na chwilę rozluźnienia: chłopaki robią "dupozjazd", a ja nie chcąc być gorszy, po prostu zbiegam do schronu łapiąc równowagę chaotycznymi wymachami czekana. Zapłaciłem za to naprawdę niezłym bólem głowy. Nauczka na przyszłość. Lepiej nie biegać powyżej 4000m n.p.m.
Przy Vallocie też jesteśmy w średniej kondycji: Mnie i Marcina boli głowa, Karol ma problemy z żołądkiem, a Emilia nie ma siły. Nie decydujemy się jednak na rozdzielenie zespołu i idziemy dalej związani liną. Na dosyć płaskim podejściu do Dome du Gunter dopada mnie kryzys. To efekt odwodnienia, palącego słońca oraz .mojego poprzedniego sprintu. Na szczęście polepsza mi się na zejściu z Guntera. Jeszcze tylko przejście przez szczelinki lodowcowe i znowu pozwalamy sobie na chwilę rozluźnienia w postaci "dupozjazdów". Na grani prowadzącej do obozowiska czujemy się już świetnie, bo opada z nas całe napięcie dzisiejszego dnia, czujemy tylko satysfakcję. Zmęczenie miesza się z przyjemnym działaniem endorfin i adrenaliny. Wieczór spędzamy na odpoczynku, rozmowach oraz tradycyjnie już na przetapianiu śniegu na herbatę oraz kaszki i kisiele.
Przez cały dzień cały masyw Mt. Blanc był patrolowany przez służby ratunkowe. W regularnych odstępach czasu przelatywał nad nami helikopter jednej ze służb ratunkowych, uważnie się nam przyglądając. Czuliśmy się dużo pewniej mając nad sobą takich aniołów stróżów.
Następnego dnia rano zwinęliśmy obóz i wyruszyliśmy w dół. Od samego rana zapowiadała się słoneczna pogoda. Mozolnie schodzimy po via ferratach w dół. Z zazdrością patrzymy na wspinaczy wchodzących na "lekko". Śpią w schronisku i nie muszą wnosić zimowych śpiworów, namiotów, szabli śnieżnych, mat i innych potrzebnych do biwakowania rzeczy. Duże plecaki zaburzają równowagę, w związku z tym poruszamy się dużo wolniej od nich. W trakcie przygotowania się do przejścia przez Kuluar w teoretycznie bezpiecznym miejscu przelatuje nad nami kilka kamieni. Sam Kuluar przechodzimy bez większych niespodzianek, po czym chowamy cały sprzęt (raki, linę) do plecaków. Nie będzie już nam potrzebny. Mijamy schronisko Tete i kontynuujemy mozolne zejście do kolejki, gdzie postanawiamy iść dalej na piechotę. I znowu tak jak przy podejściu, bieg przez tunele kolejki, droga wzdłuż torów kolejki i dalej serpentynami w dół. Jest ponad 30 stopni, więc jesteśmy już nieźle wykończeni drogą oraz odwodnieniem. Dawno nie byłem tak zmęczony.
W końcu doszliśmy do Les Houches. Udało się! Zdobyliśmy Mt. Blanc w najlepszym stylu: od samego dołu na piechotę i do tego "na ciężko": z namiotami, śpiworami i jedzeniem. Po prostu rozwaliliśmy tę Górę. Satysfakcja miesza się jednak ze zmęczeniem, szybko znikają kolejne litry zimnego soku. Zupełnie nie przeszkadza nam to, że ludzie w sklepie wytykają nas palcami, a samochody omijają miejsce parkingowe obok którego siedzimy. Z opresji ratuje nas Marcin J. i podwozi nas na kemping. Mina pana na parkingu, gdy czwórka "brudasów" wsiada do nowego mercedesa - bezcenna.
Na kempingu szybko rozbijamy się, po czym bierzemy pryyyszzsznic. Coś niesamowitego po 4 dniach spędzonych w górach. Od razu wraca nam energia i dobre samopoczucie. Po uzupełnieniu płynów postanawiamy uczcić nasz sukces zimnym piwkiem w restauracji.
Następnego dnia rano jemy duże, wspólne śniadanie, po czym bez pośpiechu zwijamy obozowisko i pakujemy się. Przed odjazdem robimy jeszcze ostatnie francuskie zakupy serowo-winne, a w drodze powrotnej zatrzymujemy się na dłuższą chwilę w Genewie w celu zwiedzania. Jesteśmy w Polsce następnego dnia koło południa.
Epilog
"Gdzie strumień licznych dróg już wpadł...
A potem dokąd? - rzec nie mogę"
Pierwsze dni po powrocie spędzamy na odpoczynku oraz delektowaniu się polskim jedzeniem. Szybko przyzwyczajamy się do tego, że prysznic można wziąć codziennie, a wody na herbatę nie trzeba topić ze śniegu. Ja leczę oparzenia słoneczne, a chłopaki przez dłuższy czas będą chodzić do pracy w japonkach, ze względu na obtarcia na piętach.
Na wyjeździe dowiedzieliśmy się, jak nasze organizmy funkcjonują na wysokościach powyżej 4000m oraz nabylismy doświadczenia, które zaprocentuje na przyszłych wyjazdach. Gdzie za rok? Elbrus.
Mateusz Kosmala
Cytat całość: J.R.R. Tolkien, "Władca Pierścieni", piosenka Bilba śpiewana przez Froda - różne tłumaczenia z oryginału.

