Mont Blanc
...wąska, ostra grań przeistacza się w szeroką na 1,5m alejkę wydeptaną setkami raków. Teraz już jestem pewien, że to jest właściwy Szczyt. Czuję narastającą euforię, mam uśmiech od ucha do ucha, normalnie pobiegłbym, ale nogi nie chcą iść do przodu, na tej wysokości jest prawie dwa razy mniej tlenu niż na dole. Sądząc po ciągłym naprężeniu liny, reszta zespołu też nie ma sił na bieg.
Mont Blanc
Dzień 1 - 17.07. 2009r.
Nadszedł dzień wyjazdu. W czwartek już się spakowałem i jakoś udało mi się przespać spokojnie noc. W piątek pobudka o 6:40 i na 8:00 do pracy. Udało mi się wyjść wcześniej, więc miałem trochę czasu na dopięcie ostatnich spraw przed wyjazdem. Nadeszła godzina wyjazdu - plecak na grzbiet i do samochodu. O 14:30 jestem umówiony z Anią. Odbieram ją w centrum Warszawy, skąd później jedziemy po Piotra, na Ursynów. Czeka mnie "wycieczka" przez całą Warszawę - uwielbiam to! Przed samym wyjazdem nastąpiło 10-cio minutowe oberwanie chmury. Telefon do Piotra i konsternacja - na Ursynowie nie pada!! Czyżby tylko Bemowo "zasłużyło" na wodę z nieba? Niezrażony jadę do centrum Warszawy, mam tam do załatwienia jedną sprawę.


